Historia założyciela

_KLE2502_szef

Piotr Kler ma dziś ponad 60 lat. Pracuje już od pół wieku. Wychował się bez ojca, który w głębokiej komunie wyjechał do Niemiec. Dzieci i matkę wziął pod opiekę wujek – Godnie zastąpił nam ojca. Bardzo wiele mu zawdzięczam – mówi Piotr Kler.

 

Piotr pierwsze meble zaczął tworzyć mając zaledwie kilkanaście lat. W sobotę odbierał świadectwo,

w poniedziałek musiał zameldować się już w swojej pierwszej pracy.

 

Trafił pod skrzydła Antoniego Aptyki, starego mistrza tapicerskiego z Dobrodzienia. Do dzisiaj wspomina go nie tylko jako swojego pierwszego szefa, ale i mentora. Spędził u niego dziesięć lat: uczył się zawodu, dostał także kąt do spania, wikt i opierunek.

 

- Mistrz Aptyka nigdy nie był zadowolony ze swojej pracy, ciągle chciał ulepszać tworzone meble – opowiada Piotr Kler. – Zaraził mnie tym podejściem i swoją pracowitością.
Nowy czeladnik szybko stał się ulubionym uczniem mistrza Antoniego. Kiedy szef zlecił mu pierwszą samodzielną robotę, chciał pokazać, na co go stać. Inni pracownicy mieli już fajrant, ale Piotr został po godzinach, żeby skończyć swoje dzieło. O 20.00 Aptyka przyszedł zajrzeć do warsztatu.

 

- Piotrek, skończ już tę pracę! – powiedział.
- Jeszcze trochę… – odpowiedział chłopak.
O 22.00 właściciel zakładu kategorycznie kazał chłopcu iść do łóżka. 
- Poszedłem, ale nie mogłem zmrużyć oka, a o szóstej rano byłem z powrotem w warsztacie! – opowiada pan Piotr.
Przyznaje, że nigdy w życiu nie pracował po 8 godzin. Wiele razy za to po 16 i więcej.

 

Dzięki tej harówce 23-letni Piotr zaoszczędził na zakup maszyn stolarskich i otworzył własny zakład. Wynajął warsztat w dobrodzieńskim rynku, naprzeciwko kościoła parafialnego św. Marii Magdaleny. Startował zaledwie z jednym pracownikiem. Był rok 1973, w Polsce sprzedawano masowo tandetne wersalki i meblościanki. On sam chciał inaczej. Chciał, żeby jego, Klera meble były domową biżuterią, żeby nadawały mu charakter.
- Od razu powiedziałem sobie, że ja tandety i badziewia robił nie będę – opowiada Piotr Kler. – Opracowałem pierwszy autorski zestaw: sofy i fotele „leniwce”.
Chciałem niewiele. Miał być wygodny, ładny i taki właśnie był. – wspomina Piotr Kler.

 

Tapicer z Dobrodzienia jako pierwszy w Polsce zaczął produkować komplety wypoczynkowe ze skóry. Na takie meble trzeba było u niego czekać w kolejce… trzy lata. Zbudował swój pierwszy dom i zakład, który wkrótce zwiększył zatrudnienie do sześciu osób.
Prawdziwy rozwój firmy nastąpił jednak dopiero po 1989 roku. Minęło niespełna dwadzieścia lat, a Kler SA to największy w Polsce producent ekskluzywnych kompletów wypoczynkowych i marka rozpoznawana na całym świecie.

 

Pieniądze pozwoliły młodemu Klerowi realizować małe marzenia. Pierwsze – to motor OWO Simson i drugie – Skoda, którą woził materiały do produkcji mebli. Dziś mimo pieniędzy, inaczej niż inni polscy milionerzy, nie ma ekstrawaganckich marzeń. Nie potrzebuje wrażeń, dlatego ekstra życzenia ograniczył do dużego domu z basenem, z którego korzystają…. jego pracownicy i sąsiedzi – mieszkańcy Dobrodzienia.

 

O działalności charytatywnej nie chce mówić. Znacznie łatwiej opowiada mu się o firmie. Przed laty produkował „na hura”, w kilku rozrzuconych po Dobrodzieniu zakładach. Dziś Kler to już uporządkowana spółka z systemem zarządzania jakością i obrotami grubo ponad 160 mln zł rocznie. Okres największego rozwoju ma już za sobą. Ten przypadł na lata 90. Wtedy Kler rok do roku o 50% zwiększał produkcję. Dziś jest jednym z niewielu przedsiębiorstw w Polsce, które produkty rozprowadza tylko w ramach własnej sieci dystrybucji. Ma w kraju 34 własne salony i jednego sprawdzonego partnera zewnętrznego. Nie stara się już pozyskiwać w kraju nowych dystrybutorów.

 

Klera nie ma tylko w Australii. Jest obecny na wszystkich pozostałych kontynentach – na wypoczynku Klera można usiąść nawet w Afryce czy Azji.

 

Wiele lat temu, kiedy Piotrowi Klerowi wpadał do głowy nowy projekt, wyjmował kartkę, ołówek i rysował.  Teraz na sukces firmy pracują najlepsi projektanci z Włoch, Francji i reszty Europy. On opiniuje, wskazuje kierunki, choć czasami można spotkać go w Atelier Kler – pracowni i prototypowni, gdzie sam jak przed laty jest blisko tapicerskiej roboty. 

 

- Moje dzieciństwo nie należało do łatwych. Wiedziałem, że nie mogę na nikogo liczyć. Dziesięć palców – to był mój cały majątek. Ale spotkałem na swojej drodze Mistrza Aptykę, który włożył w moje ręce narzędzia, w głowę tapicerski fach a w serce nadzieję. Te dary zaprowadziły mnie tu gdzie jestem dziś. 

 

Majątek od tamtych czasów wielokrotnie pomnożył. Teraz założył Fundację i chce się nim dzielić. – Bo sukces zobowiązuje, a dobro jest po to by się nim dzielić i je pomnażać – dodaje Piotr Kler.